Blox Sharllot z recenzjami.

Filmy, seriale, muzyka i książki widziane moimi oczami. Czyli to co dla mnie ważne. Zawiera spoilery!

Wpisy

  • sobota, 20 września 2014
  • piątek, 25 października 2013
    • Spaced

       Jak przystało na studenta, zamiast się uczyć, robię różne inne rzeczy. Dlatego zamiast poświęcić piątek na czytanie mało ciekawych rzeczy postanowiłam oddać się temu, co lubię najbardziej, czyli oglądaniu. Postanowiłam dalej zagłębiać się w filmografii Simona Pegga (co nie ukrywam daje wiele radości) i trafiło na Spaced, serial z 1999 roku, pełną brytyjskiego humoru. A dlaczego warto się zabrać za ów projekt?

      Simon Pegg- to dla mnie był powód i to chyba najlepsza zachęta. Pegg jest jedyny w swoim rodzaju a postać Tima wykreował wspaniale. Bawi się tym wszystkim. Potrafi rozśmieszyć do łez. Największą radość z postaci, którą grał dawała mi świadomość tego ile mam wspólnego z postacią.

      Nick Frost- oczywiście razem z Simonem tworzą wspaniały duet! Trzeba wspomnieć, że reżyserią zajmował się Edgar Wright, który również odpowiedzialny jest za Trylogię Cornetto (o której pisałam TU). Jak widzimy te trzy nazwiska razem, możemy być pewni, że powstało coś wartego obejrzenia.

      John Simm- kocham tego aktora bardzo. Dlatego jak tylko pojawił się niespodziewanie na moim ekranie piszczałam z radości. Co prawda widzieliśmy go może w sumie z minutę, ale to wystarczyło. Był wspaniały.

      Mark Gatiss- zaskoczył mnie, aż musiałam zatrzymać serial. Grał agenta specjalnego, czyli jak zawsze dość ciekawa postać. Z resztą, wszystko czego się dotknie ten facet jest niesamowite.

      Mark Heap- wcielił się w postać współlokatora Briana. Pokochałam go od razu. Ekscentryczny i oryginalny. Patrzy się na niego i myśli WTF. Taki nieobecny, żyjący w swoim świecie ale dzięki temu sprawia dużo przyjemności.

      Komiksy- dużo jest nawiązań do postaci z komiksów jak i samego tworzenia tego rodzaju grafik. Tim jest grafikiem, który pracuje w sklepie z komiksami. Całość fajnie łączy się z serialem.

      Przyjaźń- cały serial opiera się głównie na przyjaźni. Najpierw na przyjaźni między Timem a Daisy. Między Timem a Mike. Między wszystkimi współlokatorami. W sumie to taki przyjazny serial. Wszyscy się przyjaźnią.

      Star Wars- Simon Pegg jest wielkim fanem Gwiezdnych Wojen, dlatego też często w jego filmach są nawiązania. W Spaced jest ich pełno!

      Doctor Who- można raz wyłapać pewien smaczek, który sprawił mi wiele radości.

      Humor- z serialu wręcz wylewa się brytyjski humor. Mało jest tak ciekawie skonstruowanych rzeczy.

       

      Oprócz tego pies, który nazywa się Colin (oczywiście skojarzyło mi się z Colinem Morganem grającym kiedyś Merlina) a później chciano mu zmienić imię na Lancelot. Bardzo mnie to rozśmieszyło, bo zawsze chciałam mieć kota i nazwać go Lancelot. Dodatkowo jest fajna muzyka. Moment, w który zostaje użyta piosenka Take That (które uwielbiam) zapadła mi głęboko w pamięci.

       

      9/10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Spaced”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      sharllot
      Czas publikacji:
      piątek, 25 października 2013 18:40
  • niedziela, 06 października 2013
    • Cornetto Trilogy

      Pewnego pięknego dnia trzech panów, Edgar Wright, Nick Frost i Simon Pegg, wpadło na genialny pomysł (nie dam ręki uciąć, że nagle i w tym samym momencie ich olśniło, ale przyjmijmy że tak). Postanowili stworzyć coś ciekawego i oryginalnego. A mianowicie postanowili nakręcić filmy. Ale nie zwyczajne filmy. Trzy (bo trylogia) nie banalne filmy, które wchodzą w skład "Blood and Ice cream trilogy" (lub "Cornetto Trilogy" albo "Trzy smaki Cornetto" po polskiemu). Oczywiście, żeby nie było za prosto, oglądałam filmy od tyłu. Dlaczego? Nie mam pojęcia! Wszystkie trzy filmy sobie czekały a ja chwyciłam za The World's End, bo przez ten film właśnie zainteresowałam się projektem. Niestety nie było nikogo, kto przywaliłby mi w głowę i pokierował wybór na pierwszy a nie ostatni film. Nic jednak straconego. Obejrzałam wszystkie i się zachwyciłam. Kolejność była zbędna.

      SHAUN OF THE DEAD


      Zachowajmy pozory normalności i opiszmy filmy tak jak wychodziły na świat. Czyli najpierw Wysyp Trupów z 2004r. Ze wszystkich trzech filmów, ten najmniej mi się podobał. Nie znaczy to jednak, że był zły. Bo nie był. Simon Pegg wciela się w Shauna, który średnio sobie radzi z życiem. I kiedy sobie tak żyje okazuje się, że ludzie zmieniają się w zombie. Shaun chce przetrwać ratując siebie i ludzi sobie najbliższych. Oczywiście nie jest to takie łatwe, kiedy walcząc z kobietą-zombie, twój najlepszy przyjaciel zamiast pomóc, robi zdjęcia. Oczywiście nie jest to zwykły horror. Wystarczy tylko zobaczyć scenę, w której bohaterowie próbują naśladować zombie. Simon Pegg i Nick Frost świetnie razem współdziałają, co pozwala nam z przyjemnością oglądać film.

      HOT FUZZ

      Mam problem, bo nie wiem czy właśnie ten film czy The World's End jest moim ulubionym. Oglądanie tego filmu sprawiło mi wielką radość. Zwłaszcza, że tutaj mamy połączenie kryminału, komedii i filmu akcji. Wybitny policjant Nicolas Angel (nie zgadniecie, ale grany przez Simona Pegga) zostaje przeniesiony z wielkiego Londynu do małej wioski. Panujące tam naciągnięte zasady prawne nie są przez niego do przyjęcia. Życie w owym miejscu nie jest jego spełnieniem marzeń. Na szczęście zaprzyjaźnia się z nieco nierozgarniętym policjantem, który marzy o tym, by przeżyć akcje rodem z filmów akcji (w tej roli Nick Frost). Życie Nicolasa zmienia się, kiedy zaczyna spostrzegać, że nieszczęśliwe wypadki, w których giną mieszkańcy, owymi wypadkami nie są. 

      Ogólnie uśmiałam się niesamowicie. Dialogi jakie pojawiają się w filmie powalają na kolana. Scena, w której Angel pyta się chłopaka o wiek jest zabójcza. Oczywiście nie zabrakło odniesień do wcześniejszego filmu. Pojawiły się lody czy skok przez ogrodzenie (to chyba mój ukochany motyw). Simon Pegg, który pod koniec filmu wygląda niczym komandos wyciągnięty żywcem z jakieś wojny, jeżdżący na koniu i dodatkowo walczy z połową miasteczka powala.

      THE WORLD'S END

      Jako, że to był mój pierwszy film z trylogii, nie byłam nastawiona na to co ujrzę. Po tytule miałam wizję jakiegoś kolejnego filmu o końcu świata. Przecież to taki modny motyw. Włączyłam film, a tu się okazuje, że The World's End to nazwa pubu. Na dodatek 12 na Golden Mile. Simon Pegg tym razem wciela się w rolę lekko obłąkanego mężczyzny, który żyje przeszłością. A dokładniej dniem, w którym postanowił z przyjaciółmi przejść w jedną noc wspomnianą wcześniej Golden Mile, czyli zaliczyć 12 pubów pod rząd. Niestety owego dnia odnieśli porażkę. Dlatego po kilkunastu latach Gary King postanawia sprowadzić swoich przyjaciół do rodzinnego miasteczka i spełnić marzenie. Koledzy, którzy w przeciwieństwie do Gary'ego dorośli, nie są za szczęśliwi. Postanawiają jednak się pojawić. Wszystko zaczyna się jednak psuć, kiedy okazuje się, że miasteczko opanowały roboty. Ich jedyną nadzieją jest ukończenie mili.

      Powiem tak, było kilka scen, przy których płakałam ze śmiechu. Moja ulubiona to chyba scena walki w barze, w której Gary próbuje wypić piwo. Oprócz tego ciągłe wypowiadane przez Martina Freemana W.T.F. jest nie do opisania. Oczywiście muszę wspomnieć o Peggu. Jestem fanką Brytyjczyków. Wiem, że mają dość specyficzny typ urody, ale ja go uwielbiam. Pegg, jak widać, należy do grupy, którzy wyglądają bardzo Brytyjsko. Dlatego kocham na niego patrzeć. A już jak lata mi w długim, czarnym płaszczu to jestem w niebie. To było wspaniałe 109 minut dla moich oczu.

       

      Na prawdę warto poświęcić trochę czasu by zapoznać się z tą trylogią. Posłuchać tych dialogów, zobaczyć te sceny i wyłapywać rzeczy, które są nawiązaniem do poprzednich części. Ciekawym pomysłem jest, by każdy film opowiadał o czymś innym ale aktorzy się powtarzali. Tworzy to piękną całość. Absurd wręcz wypływa. Ale o to w tym chodzi.

      9/10

       

      *grafiki z Tumblr

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Cornetto Trilogy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      sharllot
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 października 2013 00:05
  • wtorek, 01 października 2013
    • Atlantis 1x1

       Po bardzo smutnym i dobijającym finale serialu Merlin, BBC od razu zapowiedziało jego następce. Wiadomo, trzeba kuć żelazo póki gorące. Dlatego też, w miejsce niezapomnianego przez nas serialu o młodym czarodzieju z wielkim przeznaczeniem wskakuje serial o młodym chłopaku, który nie wie kim jest i też ma wielki przeznaczenie. Zamiast legend mamy mity. Powiem, że byłam żywo zainteresowana jak pójdzie twórcom stworzenie nowego serialu, który jest ładny i przyjemny i dostępny dla każdego. Bałam się, że będzie powtarzanie schematów. Niestety, tego nie dało się uniknąć. Po obejrzeniu 1 odcinka od razu można zrobić ładną tabelkę wpisując podobieństwa miedzy serialami. Nie powiem jednak, że mnie rozczarowali. Jestem przyjemnie zaskoczona, bo serial, mimo, że to pierwszy odcinek, pokazał dobry poziom.

       Młody i dosyć przystojny Jason (który mi trochę przypomina Merlina i z zachowania i z wyglądu) szukając ojca nagle trafia do Atlantydy. Poznaje Pitagorasa, który mieszka z Herculesem. Stają się oni jego kompanami. Oczywiście, zanim ich poznaje, nasz młody bohater wpada od razu w kłopoty, prawie mordując kijem jaszczurowatą bestię o dwóch głowach. Oczywiście biegnąc przez miasto musi rozsypać wszystkie, ale to wszystkie owoce w zasięgu wzroku. Doprowadzi do bankructwa tych zacnych ludzi. Jak już zaprzyjaźnia się z Pitagorasem, rozmawia z wyrocznią (która mówi mu, że ojciec nie żyje, ale ona oszukuje, wszyscy to wiemy) a później udaje się wraz z innymi mieszkańcami by wylosować kamień. Oczywiście, Jason nie wylosowuje (musi być zdziwienie) czarnego kamienia, który oznacza osobę przeznaczoną do ofiarowania Minotaurowi. Byłoby jednak za ładnie, dlatego owy kamień wylosowuje Pitagoras. Jason, nie może pogodzić się z tym, że straci przyjaciela (jak szybko się zaprzyjaźnili!) więc zamiast niego idzie na śmierć (najpierw idzie do pałacu, gdzie prawie całuje się z księżniczką Ariadną, która daje mu nić). Idzie, zabija (Minotaura, nie Ariadne) i staje się bohaterem. Jakie to proste.

       Serial zaskakuje tym, że na prawdę jest interesujący. Ogląda się go z przyjemnością. Postacie są zabawne i świetnie zarysowane. Oczywiście to dopiero pierwszy odcinek, ale zachęca. Mimo, że jest trochę podobny do poprzedniego serialu, to nie bije to bardzo po oczach. Jason jest zabawny, trochę nieogarnięty i zagubiony. Hercules jest całkiem inny niż się spodziewamy a Pitagoras jest uroczy. Teraz zostaje czekać nam na kolejne odcinki i mieć nadzieję, że serial trzymać będzie zaprezentowany poziom. Merlina nie zastąpi, ale może wypełni chociaż trochę tą ziejącą pustkę.

      8,5/10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Atlantis 1x1”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      sharllot
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 października 2013 22:27

Kalendarz

Wrzesień 2016

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny